Czy mogę dostać świadectwo uczestnictwa w kursie?
Nie.Ale jeśli byłeś(aś) już na Kursie Filip, możesz dać świadectwo tego, co Bóg zdziałał i działa w Twoim życiu. Jeśli zaś dopiero zastanawiasz się czy pojechać na Kurs Filip, rzuć okiem na to czego Bóg dokonał w życiu tych, co zaryzykowali dać Bogu jeden zimowy weekend.
Natalia
Przez ostatni rok życia wiele się o sobie dowiedziałam. Zaistniałe wydarzenia z perspektywy czasu oceniam jako potrzebne do poznania prawdy o sobie. Wszystko zaczęło się w sierpniu 2004 roku. Wtedy to relacje w mojej rodzinie zaczęły się psuć, panowała atmosfera niedomówień Moja rodzina przeżyła kryzys, a co za tym idzie moja wiara również. Wiele rzeczy robiłam wówczas z przyzwyczajenia. Owszem uczestniczyłam we Mszy Św. w niedzielę, ale czułam że to nie wystarczy, że czegoś mi brakuje. Nie potrafiłam, kłębiły się we mnie emocje. Przyznam, że męczyłam się wówczas. Pewnego dnia po 7 miesiącach przemyśleń poprosiłam siostry zakonne o modlitwę w intencji mojej rodziny. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać, tego samego dnia moja koleżanka zaproponowała mi wyjazd na kurs FILIP. Zgodziłam się i nie żałuję!
Najważniejszym momentem było oczywiście powierzenie życia Bogu. Powiedziałam teraz albo nigdy i wybrałam "teraz." Na owoce nie musiałam długo czekać.
Przez ostatni rok życia wiele się o sobie dowiedziałam. Zaistniałe wydarzenia z perspektywy czasu oceniam jako potrzebne do poznania prawdy o sobie. Wszystko zaczęło się w sierpniu 2004 roku. Wtedy to relacje w mojej rodzinie zaczęły się psuć, panowała atmosfera niedomówień Moja rodzina przeżyła kryzys, a co za tym idzie moja wiara również. Wiele rzeczy robiłam wówczas z przyzwyczajenia. Owszem uczestniczyłam we Mszy Św. w niedzielę, ale czułam że to nie wystarczy, że czegoś mi brakuje. Nie potrafiłam, kłębiły się we mnie emocje. Przyznam, że męczyłam się wówczas. Pewnego dnia po 7 miesiącach przemyśleń poprosiłam siostry zakonne o modlitwę w intencji mojej rodziny. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać, tego samego dnia moja koleżanka zaproponowała mi wyjazd na kurs FILIP. Zgodziłam się i nie żałuję!
Najważniejszym momentem było oczywiście powierzenie życia Bogu. Powiedziałam teraz albo nigdy i wybrałam "teraz." Na owoce nie musiałam długo czekać.
- Miałam zaplanowane praktyki studenckie w centrum Londynu w okresie 2.07 - 2.10.2005r Wyjazd został odwołany pod koniec czerwca. Nie byłam tym zachwycona praktyki traktowałam jako szansę na zdobycie doświadczenia zawodowego. Zmieniłam zdanie oglądając wiadomości 7.07 a konkretnie relację z Londynu!
- Moja wiara staje się coraz bardziej świadoma.
Kasia
Mam 24 lata. Pan Bóg upomniał się o mnie. Dał mi dużo znaków, których nie mogłam zlekceważyć. Koleżanka ze wspólnoty powiedziała mi, że czasami Bóg wyprowadza na pustynię, żeby powiedzieć człowiekowi coś bardzo ważnego. Mogę dzisiaj napisać, że byłam na pustyni. Jak na nią trafiłam? Po prostu, bardzo łatwo zabłądzić. Od kiedy pamiętam, było we mnie przekonanie, że o miłość trzeba się starać i że trzeba na nią zasłużyć. Taką postawę przyjęłam także w wierze. Starałam się być wzorową uczennicą, żeby zadowolić oczekiwania rodziców i byłam w tym skuteczna. Aby dostać się na dobre studia, wybrałam renomowaną szkołę katolicką z internatem, za namową rodziców. Znowu zabiegałam o uzyskanie wysokich wyników w nauce, wzorowo przestrzegałam regulaminu internatu, choć pod wieloma względami wydawał mi się bezdennie głupi oraz doskonaliłam się duchowo - uczestniczyłam aktywnie we wszystkich Mszach Św., internatowych modlitwach wieczornych. Szkoła, a raczej problemy, z jakimi ścierałam się w internacie, były dla mnie wtedy źródłem wielu smutków i utrapień. Cierpiałam z powodu surowego regulaminu i rozłąki z rodzicami. Dzielnie zagryzałam wargi, tłumacząc sobie, że to w końcu tylko cztery lata, a potem Pan Bóg wynagrodzi moje wysiłki i dostanę się na wymarzone studia: medycynę. ON miał jednak inne plany. W maturalnej klasie zdecydowałam, że medycyna nie jest moim powołaniem, wolałam rozwijać się w kierunku lingwistycznym. Nie starczyło mi odwagi, żeby powiedzieć rodzicom o tej diametralnej zmianie. Znałam ich negatywny stosunek do nauk humanistycznych, a poza tym bałam się, że winę zrzucą na fakt, że zakochałam się po raz pierwszy w moim życiu i zgłupiałam ostatecznie. Problem studiów zakończył się celowym oblaniem egzaminu na medycynę i nie złożeniem papierów na lingwistykę, tylko na dwa ścisłe kierunki: fizykę i geologię. Dostałam się na oba, wybrałam ten drugi. W międzyczasie całą rodziną przeprowadziliśmy się w okolice Warszawy, zostawiłam ukochaną Wielkopolskę i jeszcze bardziej umiłowanego chłopaka. Nie rozpoczęłam wymarzonych studiów lingwistycznych, tęskniłam za chłopcem. Winą za ten stan obarczyłam Rodziców i Boga, obraziłam się mocno i zapłonęłam gniewem. Dla nich tak bardzo się starałam i spotkała mnie taka niewdzięczność, takie było wtedy moje myślenie. Jeszcze przez dwa lata podtrzymywałam siłą woli związek na odległość, a rodzice krzywo na to patrzyli. Planowałam w myślach przyszłość z tym chłopakiem, ale kiedy rodzice stracili cierpliwość, powiedzieli, że mój Robert ma zdeklarować się, jeśli nadal chcemy się spotykać i postawili warunki „nie do spełnienia”. Czar prysł. Wtedy żal wybuchł we mnie ze zdwojoną siłą. Pretensja: „Boże, dlaczego pozwoliłeś zniszczyć ten piękny związek” kołatała się we mnie. Była na tyle silna, że zdeterminowała moje postępowanie na następne lata. Powstało we mnie przekonanie, że nie zasługuję na piękną miłość, bo to zdarza się jeden raz w życiu i mam ją już za sobą. Wtedy postanowiłam spróbować zmysłowej miłości. Mogę napisać o tym doświadczeniu tyle, że taka miłość bez uczucia była dla mnie źródłem wzgardy mężczyzny. Skończyła się rozbiciem związku, bólem w sercu i trudnościami z codziennym patrzeniem w lustro. Znienawidziłam siebie samą, wpadłam w depresję. Moje życie stało się pustynią: „bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy...”
Mój powrót z Anglii do Polski zbiegł się w czasie ze śmiercią Jana Pawła II. Przekroczyłam granice ojczyzny 3 kwietnia 2005 roku. Chciałam oddać hołd Ojcu Świętemu, który wcześniej był dla mnie autorytetem moralnym i duchowym, obrazem Chrystusa w człowieku. Kiedy z przyjaciółką stałam na placu Piłsudskiego, patrzyłam na telebim z wizerunkiem Ojca Świętego, a potem szłyśmy w Marszu Wdzięczności dla Jana Pawła II, dokonałam ogromnego rachunku sumienia. „Boże, co ja takiego zrobiłam ze swoim życiem? Zdeptałam swoje ideały! Co teraz robić? ” Po tych pytaniach przyszła myśl, że ukochaną przez Ojca Świętego modlitwą był różaniec. Pamiętałam, jak namawiał gorąco do tej modlitwy. Zaczęłam modlić się nią i tym samym zaczęłam wychodzić z pustyni.
Pustynia była ogromna, pięcioletnia w moim przypadku, nie wiedziałam, w którą stronę powinnam udać się, aby odnaleźć właściwą drogę. Znowu Pan Bóg przyszedł mi z pomocą. Moja młodsza siostra przygotowywała się w tym czasie do sakramentu bierzmowania. Poprosiła mnie, żebym została jej świadkiem. Zgodziłam się. Teraz widzę w tym działanie Pana Boga. Sytuacja ta zmusiła mnie do przystąpienia do spowiedzi po blisko pięciu latach przerwy. W tym okresie nie uczestniczyłam w życiu sakramentalnym, a na niedzielnej Mszy Świętej zjawiałam się co tydzień, żeby zanieść Bogu pretensję i żal. Najwyższy przebaczył mi wszystko, ale sama nie potrafiłam sobie przebaczyć. Nadal zastanawiałam się, którędy pójść.
Odpowiedzią na moje pytanie był kurs Filip. Na informację o nim trafiłam w internecie, poszukując informacji o Mszy Św. w kościele Świętej Anny. Nie wiem, jak to się stało, że otworzyłam akurat te zakładki i wybrałam link do strony wspólnoty Oblubienica. Przeczytałam zdanie obiecujące rozwiązanie moich problemów i wyjaśnienie wątpliwości. Wysłałam internetowe zgłoszenie i pełna obaw pojechałam na spotkanie do obcego miasta Magdalenka. Weszłam samotnie w środowisko nowych dla mnie ludzi i odnalazłam tam siebie. Kurs Filip otworzył mnie na Prawdę, że na miłość Bożą nie trzeba zapracować ani zasłużyć. Bóg kocha bezinteresownie i pomimo mojego grzechu. Pokochał mnie jeszcze przed moim narodzeniem i dał świadectwo miłości do mnie Swoim życiem i śmiercią. Słyszałam o tym wcześniej wielokrotnie od różnych kapłanów. Na kursie słuchałam tych słów po raz pierwszy odnosząc je do siebie i odczytując bardzo osobiście. Postanowiłam wtedy zaufać Bogu i pójść za Nim. Rekolekcje Filip wyprowadziły mnie z pustyni duchowej, pozwoliły odnaleźć cel w życiu i zrozumieć jego sens. Zaczęłam dostrzegać znowu małe radości, nawet cieszyć się studiami, których sobie nie wymarzyłam. Odnalazłam na swoim wydziale specjalizację, która wzbudziła moje zainteresowanie i pragnienie pogłębiania wiedzy w tym kierunku. Moje serce wypełniło się pokojem. Poprawiły się także moje relacje z rodzicami. Czuję, że Pan Bóg działa w moim życiu i prowadzi mnie. Poprzez kurs Filip trafiłam do wspólnoty Oblubienica. Mogę być pośród wspaniałych ludzi, którzy podpowiadają mi, jak mogę poradzić sobie z trudnościami i dzielę się z nimi radościami i niepokojami. Czuję, że moja wiara powoli staje się żywa. Pozwoliłam Panu Bogu wejść do mojego życia, On je naprawia i pokazuje dokąd iść, napomina mnie. Dlatego mogłam bez żalu wrócić się o 5 lat i opisać wydarzenia, które są niechlubną częścią mojego życia. Pan Bóg uzdrawia moje wspomnienia. Nie jest bynajmniej różowo, nadal muszę odnajdywać się w trudnych sytuacjach. Życie niewiele zmieniło się, ale diametralnie zmodyfikowało się moje podejście do niego, także odbieranie rzeczywistości. Teraz nie jestem sama i nauczyłam się pytać: „Którędy teraz, Panie Boże”
Chwała Panu!
Mam 24 lata. Pan Bóg upomniał się o mnie. Dał mi dużo znaków, których nie mogłam zlekceważyć. Koleżanka ze wspólnoty powiedziała mi, że czasami Bóg wyprowadza na pustynię, żeby powiedzieć człowiekowi coś bardzo ważnego. Mogę dzisiaj napisać, że byłam na pustyni. Jak na nią trafiłam? Po prostu, bardzo łatwo zabłądzić. Od kiedy pamiętam, było we mnie przekonanie, że o miłość trzeba się starać i że trzeba na nią zasłużyć. Taką postawę przyjęłam także w wierze. Starałam się być wzorową uczennicą, żeby zadowolić oczekiwania rodziców i byłam w tym skuteczna. Aby dostać się na dobre studia, wybrałam renomowaną szkołę katolicką z internatem, za namową rodziców. Znowu zabiegałam o uzyskanie wysokich wyników w nauce, wzorowo przestrzegałam regulaminu internatu, choć pod wieloma względami wydawał mi się bezdennie głupi oraz doskonaliłam się duchowo - uczestniczyłam aktywnie we wszystkich Mszach Św., internatowych modlitwach wieczornych. Szkoła, a raczej problemy, z jakimi ścierałam się w internacie, były dla mnie wtedy źródłem wielu smutków i utrapień. Cierpiałam z powodu surowego regulaminu i rozłąki z rodzicami. Dzielnie zagryzałam wargi, tłumacząc sobie, że to w końcu tylko cztery lata, a potem Pan Bóg wynagrodzi moje wysiłki i dostanę się na wymarzone studia: medycynę. ON miał jednak inne plany. W maturalnej klasie zdecydowałam, że medycyna nie jest moim powołaniem, wolałam rozwijać się w kierunku lingwistycznym. Nie starczyło mi odwagi, żeby powiedzieć rodzicom o tej diametralnej zmianie. Znałam ich negatywny stosunek do nauk humanistycznych, a poza tym bałam się, że winę zrzucą na fakt, że zakochałam się po raz pierwszy w moim życiu i zgłupiałam ostatecznie. Problem studiów zakończył się celowym oblaniem egzaminu na medycynę i nie złożeniem papierów na lingwistykę, tylko na dwa ścisłe kierunki: fizykę i geologię. Dostałam się na oba, wybrałam ten drugi. W międzyczasie całą rodziną przeprowadziliśmy się w okolice Warszawy, zostawiłam ukochaną Wielkopolskę i jeszcze bardziej umiłowanego chłopaka. Nie rozpoczęłam wymarzonych studiów lingwistycznych, tęskniłam za chłopcem. Winą za ten stan obarczyłam Rodziców i Boga, obraziłam się mocno i zapłonęłam gniewem. Dla nich tak bardzo się starałam i spotkała mnie taka niewdzięczność, takie było wtedy moje myślenie. Jeszcze przez dwa lata podtrzymywałam siłą woli związek na odległość, a rodzice krzywo na to patrzyli. Planowałam w myślach przyszłość z tym chłopakiem, ale kiedy rodzice stracili cierpliwość, powiedzieli, że mój Robert ma zdeklarować się, jeśli nadal chcemy się spotykać i postawili warunki „nie do spełnienia”. Czar prysł. Wtedy żal wybuchł we mnie ze zdwojoną siłą. Pretensja: „Boże, dlaczego pozwoliłeś zniszczyć ten piękny związek” kołatała się we mnie. Była na tyle silna, że zdeterminowała moje postępowanie na następne lata. Powstało we mnie przekonanie, że nie zasługuję na piękną miłość, bo to zdarza się jeden raz w życiu i mam ją już za sobą. Wtedy postanowiłam spróbować zmysłowej miłości. Mogę napisać o tym doświadczeniu tyle, że taka miłość bez uczucia była dla mnie źródłem wzgardy mężczyzny. Skończyła się rozbiciem związku, bólem w sercu i trudnościami z codziennym patrzeniem w lustro. Znienawidziłam siebie samą, wpadłam w depresję. Moje życie stało się pustynią: „bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy...”
Mój powrót z Anglii do Polski zbiegł się w czasie ze śmiercią Jana Pawła II. Przekroczyłam granice ojczyzny 3 kwietnia 2005 roku. Chciałam oddać hołd Ojcu Świętemu, który wcześniej był dla mnie autorytetem moralnym i duchowym, obrazem Chrystusa w człowieku. Kiedy z przyjaciółką stałam na placu Piłsudskiego, patrzyłam na telebim z wizerunkiem Ojca Świętego, a potem szłyśmy w Marszu Wdzięczności dla Jana Pawła II, dokonałam ogromnego rachunku sumienia. „Boże, co ja takiego zrobiłam ze swoim życiem? Zdeptałam swoje ideały! Co teraz robić? ” Po tych pytaniach przyszła myśl, że ukochaną przez Ojca Świętego modlitwą był różaniec. Pamiętałam, jak namawiał gorąco do tej modlitwy. Zaczęłam modlić się nią i tym samym zaczęłam wychodzić z pustyni.
Pustynia była ogromna, pięcioletnia w moim przypadku, nie wiedziałam, w którą stronę powinnam udać się, aby odnaleźć właściwą drogę. Znowu Pan Bóg przyszedł mi z pomocą. Moja młodsza siostra przygotowywała się w tym czasie do sakramentu bierzmowania. Poprosiła mnie, żebym została jej świadkiem. Zgodziłam się. Teraz widzę w tym działanie Pana Boga. Sytuacja ta zmusiła mnie do przystąpienia do spowiedzi po blisko pięciu latach przerwy. W tym okresie nie uczestniczyłam w życiu sakramentalnym, a na niedzielnej Mszy Świętej zjawiałam się co tydzień, żeby zanieść Bogu pretensję i żal. Najwyższy przebaczył mi wszystko, ale sama nie potrafiłam sobie przebaczyć. Nadal zastanawiałam się, którędy pójść.
Odpowiedzią na moje pytanie był kurs Filip. Na informację o nim trafiłam w internecie, poszukując informacji o Mszy Św. w kościele Świętej Anny. Nie wiem, jak to się stało, że otworzyłam akurat te zakładki i wybrałam link do strony wspólnoty Oblubienica. Przeczytałam zdanie obiecujące rozwiązanie moich problemów i wyjaśnienie wątpliwości. Wysłałam internetowe zgłoszenie i pełna obaw pojechałam na spotkanie do obcego miasta Magdalenka. Weszłam samotnie w środowisko nowych dla mnie ludzi i odnalazłam tam siebie. Kurs Filip otworzył mnie na Prawdę, że na miłość Bożą nie trzeba zapracować ani zasłużyć. Bóg kocha bezinteresownie i pomimo mojego grzechu. Pokochał mnie jeszcze przed moim narodzeniem i dał świadectwo miłości do mnie Swoim życiem i śmiercią. Słyszałam o tym wcześniej wielokrotnie od różnych kapłanów. Na kursie słuchałam tych słów po raz pierwszy odnosząc je do siebie i odczytując bardzo osobiście. Postanowiłam wtedy zaufać Bogu i pójść za Nim. Rekolekcje Filip wyprowadziły mnie z pustyni duchowej, pozwoliły odnaleźć cel w życiu i zrozumieć jego sens. Zaczęłam dostrzegać znowu małe radości, nawet cieszyć się studiami, których sobie nie wymarzyłam. Odnalazłam na swoim wydziale specjalizację, która wzbudziła moje zainteresowanie i pragnienie pogłębiania wiedzy w tym kierunku. Moje serce wypełniło się pokojem. Poprawiły się także moje relacje z rodzicami. Czuję, że Pan Bóg działa w moim życiu i prowadzi mnie. Poprzez kurs Filip trafiłam do wspólnoty Oblubienica. Mogę być pośród wspaniałych ludzi, którzy podpowiadają mi, jak mogę poradzić sobie z trudnościami i dzielę się z nimi radościami i niepokojami. Czuję, że moja wiara powoli staje się żywa. Pozwoliłam Panu Bogu wejść do mojego życia, On je naprawia i pokazuje dokąd iść, napomina mnie. Dlatego mogłam bez żalu wrócić się o 5 lat i opisać wydarzenia, które są niechlubną częścią mojego życia. Pan Bóg uzdrawia moje wspomnienia. Nie jest bynajmniej różowo, nadal muszę odnajdywać się w trudnych sytuacjach. Życie niewiele zmieniło się, ale diametralnie zmodyfikowało się moje podejście do niego, także odbieranie rzeczywistości. Teraz nie jestem sama i nauczyłam się pytać: „Którędy teraz, Panie Boże”
Chwała Panu!
Radek
Nazywam się Radek. Chcę Wam opowiedzieć, jak ogromny wpływ miał Kurs Filip na moje życie. Zanim trafiłem na te rekolekcje, byłem smutnym, zagubionym człowiekiem, który nie do końca wiedział, czego chce od życia. Miałem mnóstwo kompleksów i niskie poczucie własnej wartości.
Szukałem Boga w życiu. Myślałem nawet, że jestem blisko Niego – chodziłem do Kościoła co tydzień, modliłem się, byłem na pielgrzymkach do Częstochowy, ale ciągle coś w moim życiu zgrzytało. Czułem niepokój, miałem wrażenie, że życie ucieka mi przez palce, że tracę coś bezpowrotnie.
Cały czas chciałem być lepszy niż byłem. Walczyłem ze swoimi słabościami i wadami, ale ciągle upadałem. Jedną z moich słabości było palenie papierosów. Chciałem to rzucić, wstydziłem się tego, często paliłem kryjąc się przed ludźmi tak, że niektórzy nie wiedzieli, że palę. Przynajmniej tak mi się wydawało... Raz nawet udało mi się rzucić. Nie paliłem przez pół roku, ale przyszły trudne chwile w moim życiu i znowu sięgnąłem po papierosy.
I ciągle próbowałem sam zmieniać swoje życie. Sam je planowałem, a gdy plany się nie sprawdzały – dołowałem się, stawałem się coraz bardziej smutny, bezsilny i coraz więcej paliłem.
Aż w końcu nadszedł dzień, w którym stwierdziłem, że sam nie dam rady, że potrzebuję pomocy. Wołałem do Boga o ratunek. A On skierował mnie na Kurs Filip – kiedyś trochę słyszałem o tym kursie, znalazłem w internecie informacje i zapisałem się...
Kurs Filip stał się punktem zwrotnym w moim życiu. Dopiero tam znalazłem Boga, doświadczyłem Jego Miłości. Zmieniła się moja relacja z Bogiem – stała się bliższa i bardziej osobista. Tam Bóg dał mi nowe życie.
To niesamowite, ale dokładnie od Kursu Filip, na którym byłem, nie palę papierosów. A jeszcze jadąc tam kończyłem paczkę papierosów. Bóg po prostu zabrał mi mój nałóg. Ja nie włożyłem w to specjalnie dużego wysiłku, a nie palę już od października 2004 roku. Pan zaczął przemieniać też całe moje życie. Zacząłem dostrzegać piękno świata, zachwycać się przyrodą i czasem się dziwię, czemu tego wcześniej nie dostrzegałem. Mam wrażenie, jakbym narodził się na nowo i na nowo poznawał świat. Pozbywam się kompleksów, nie dołuję się, gdy coś mi się nie udaje albo gdy ktoś mnie krytykuje. Mam świadomość, że moje życie i ja sam jestem ogromną wartością w oczach Boga.
Oczywiście nie jest tak, że wszystko mi się układa i nie mam żadnych problemów, ale z trudności wyciągam wnioski i nauki i wiem, że one mnie umacniają. Dzięki temu nie boję się, podejmować ważnych decyzji i kroczyć śmiało na przód.
Na Kursie Filip prosiłem Boga o to, żeby otworzył moje usta i żebym nie bał się głosić Chrystusa. Zanim pojechałem na te rekolekcje, rzadko rozmawiałem o Bogu i wierze. Bywały nawet sytuacje, w których bałem się przyznać, że jestem wierzący. Teraz jestem w diakoni ewangelizacyjnej w mojej wspólnocie i służę Bogu głoszeniem. Stało się to jednym z głównych zajęć poza pracą i nauką w moim życiu. Nie boję się już mówić o wierze i sprawia mi to ogromną radość.
Dziś wiem, że moje życie ma sens i że bez Boga nie mogę być szczęśliwy.
Chwała Panu!
Radek
Nazywam się Radek. Chcę Wam opowiedzieć, jak ogromny wpływ miał Kurs Filip na moje życie. Zanim trafiłem na te rekolekcje, byłem smutnym, zagubionym człowiekiem, który nie do końca wiedział, czego chce od życia. Miałem mnóstwo kompleksów i niskie poczucie własnej wartości.
Szukałem Boga w życiu. Myślałem nawet, że jestem blisko Niego – chodziłem do Kościoła co tydzień, modliłem się, byłem na pielgrzymkach do Częstochowy, ale ciągle coś w moim życiu zgrzytało. Czułem niepokój, miałem wrażenie, że życie ucieka mi przez palce, że tracę coś bezpowrotnie.
Cały czas chciałem być lepszy niż byłem. Walczyłem ze swoimi słabościami i wadami, ale ciągle upadałem. Jedną z moich słabości było palenie papierosów. Chciałem to rzucić, wstydziłem się tego, często paliłem kryjąc się przed ludźmi tak, że niektórzy nie wiedzieli, że palę. Przynajmniej tak mi się wydawało... Raz nawet udało mi się rzucić. Nie paliłem przez pół roku, ale przyszły trudne chwile w moim życiu i znowu sięgnąłem po papierosy.
I ciągle próbowałem sam zmieniać swoje życie. Sam je planowałem, a gdy plany się nie sprawdzały – dołowałem się, stawałem się coraz bardziej smutny, bezsilny i coraz więcej paliłem.
Aż w końcu nadszedł dzień, w którym stwierdziłem, że sam nie dam rady, że potrzebuję pomocy. Wołałem do Boga o ratunek. A On skierował mnie na Kurs Filip – kiedyś trochę słyszałem o tym kursie, znalazłem w internecie informacje i zapisałem się...
Kurs Filip stał się punktem zwrotnym w moim życiu. Dopiero tam znalazłem Boga, doświadczyłem Jego Miłości. Zmieniła się moja relacja z Bogiem – stała się bliższa i bardziej osobista. Tam Bóg dał mi nowe życie.
To niesamowite, ale dokładnie od Kursu Filip, na którym byłem, nie palę papierosów. A jeszcze jadąc tam kończyłem paczkę papierosów. Bóg po prostu zabrał mi mój nałóg. Ja nie włożyłem w to specjalnie dużego wysiłku, a nie palę już od października 2004 roku. Pan zaczął przemieniać też całe moje życie. Zacząłem dostrzegać piękno świata, zachwycać się przyrodą i czasem się dziwię, czemu tego wcześniej nie dostrzegałem. Mam wrażenie, jakbym narodził się na nowo i na nowo poznawał świat. Pozbywam się kompleksów, nie dołuję się, gdy coś mi się nie udaje albo gdy ktoś mnie krytykuje. Mam świadomość, że moje życie i ja sam jestem ogromną wartością w oczach Boga.
Oczywiście nie jest tak, że wszystko mi się układa i nie mam żadnych problemów, ale z trudności wyciągam wnioski i nauki i wiem, że one mnie umacniają. Dzięki temu nie boję się, podejmować ważnych decyzji i kroczyć śmiało na przód.
Na Kursie Filip prosiłem Boga o to, żeby otworzył moje usta i żebym nie bał się głosić Chrystusa. Zanim pojechałem na te rekolekcje, rzadko rozmawiałem o Bogu i wierze. Bywały nawet sytuacje, w których bałem się przyznać, że jestem wierzący. Teraz jestem w diakoni ewangelizacyjnej w mojej wspólnocie i służę Bogu głoszeniem. Stało się to jednym z głównych zajęć poza pracą i nauką w moim życiu. Nie boję się już mówić o wierze i sprawia mi to ogromną radość.
Dziś wiem, że moje życie ma sens i że bez Boga nie mogę być szczęśliwy.
Chwała Panu!
Radek
Chcesz dodaś własne świadectwo? Skontaktuj się z Filipem: pilipukas@tlen.pl.
(C) 2005, Zespół Formacji Młodzieży przy Centrum Formacji "Wieczernik", Kościół rzymskokatolicki. Design by drumlin.